Quidquid latine dictum sit altum videtur - Anonymus

Angola


0

Zaczął się miesiąc październik roku tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego. Pogoda, jak przystało na ten okres czasu, nie należała do najpiękniejszych. Deszcz padał lekko z ukosa, a szare chmury zasłaniały promienie słoneczne. Uczniowie pierwszej klasy szkoły średniej siedzieli w ławkach na kolejnej nudnej lekcji nauczyciela plastyki kończąc swoje znakomite prace. Jak zwykle podczas ich wykonywania rozlegały się rozmowy na przeróżne i przedziwne tematy. Mimo kiepskiej pogody oraz nieciekawych zajęć wszyscy byli szczęśliwi z powodu zbliżającego się wyjazdu na biwak do małej wioski nazywanej zwyczajowo Gowidlinkiem. Czy rzeczywiście wszyscy uczniowie okazywali zadowolenie? Jednak, hmm… Znalazła się pewna osoba o płci męskiej – chłopak, który zastanawiał się nad przyszłym wyjazdem na wycieczkę, a był nim niejaki Mateusz – średniego wzrostu, sylwetka szczupła, z urody niezmiernie przeciętny, włosy coś między ciemnym blondynem a szatynem, oczy koloru błękitnego, a jako człowiek bardzo uparty, tajemniczy, zamknięty w sobie, lecz w słowach bezpośredni i głęboko szczery – naprawdę czasem aż do bólu. Koledzy z sąsiadujących ławek Paweł, Przemek, Michał oraz Andrzej próbowali wszelkimi metodami nakłonić do wyjazdu wielce zasmuconego Mateusza, który na poprzedniej lekcji otrzymał niedostateczną ocenę, niestety nawet bez najmniejszego skutku. Błękitnookiego chłopaka, którego nazywano zdrobniale „Teo”, nie można było w łatwy sposób przekonać do jakiegokolwiek zagadnienia. Dlaczego? Hmm… Początki wyalienowanego zachowania znajdują się w dalekiej przeszłości, a dokładniej wszystko zaczęło się w jego dzieciństwie. Błękitnooki, mając zaledwie dwa latka, w roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym drugim znalazł się razem z rodzicami oraz starszym o siedem lat bratem Michałem na południu dzikiej Afryki, a mianowicie w sporych rozmiarów państwie o interesującej nazwie Angola. Ojciec jako nauczyciel otrzymał kontrakt, który na owe czasy nie można było łatwo dostać i dlatego też wyjechał, a jego ukochana żona porzuciła wszystko i pozostała przy boku męża zabierając przy tym swoje pociechy do ogarniętego przeraźliwą wojną całego kraju, który podlegał koloniom portugalskim. Rodzina Mateusza nie była jedyną polską rodziną w afrykańskim buszu, a znajomość i stopa przyjacielska między nimi przetrwała jeszcze wiele lat w przyszłości. Dzieciństwo błękitnookiego było kolorowe i bogate w wydarzenia. Mały Mateusz każdego dnia bawił się ze swoimi czarnoskórymi przyjaciółmi – szczególnie upodobał sobie dwóch Murzynków o przezabawnych imionach jeden „Ossi” a drugi „Zizitu”. Zatem w trójkę biegali po okolicy, krzyczeli wniebogłosy, skakali po murach, chodzili na żebry po domach, a także bawili się w pobliskim szambie lepiąc stabilne babki z gnojówki. Z tejże przesmacznej zabawy Teoś otrzymał pamiątkę, a wręcz dowód swoich przygód, gdyż na prawym kolanie nosi znamię – brudną plamę na skórze, która wygląda niczym niedomyta noga. Zapewne można się pośmiać z niektórych wydarzeń, ale były również przeraźliwe, a nawet tragiczne – pewnego dnia Ossi zablokował się w zniszczonej, lecz sprawnej windzie i próbował prześlizgnąć swoje chude ciałko przez dziurę w drzwiach, niestety kiedy był w połowie wydostania się z zaistniałej sytuacji, winda wnet ruszyła… Wszystko to niestety zarejestrowały błękitne oczy chłopaka, który znalazł się w najmniej odpowiednim miejscu i czasie. Ocieranie się o szaty śmierci było na porządku dziennym, począwszy od widoku szpitala w odległości stu metrów od kostnicy, poprzez głód, smród oraz nędzę, aż po śmiertelną chorobę, którą nazywano bezlitosnym władcą – Malarią. Zaraza rozprzestrzeniała się bardzo łatwo, gdyż była roznoszona przez samice komarów. Pewnego wieczoru Teoś został sam w swoim afrykańskim domu i chociaż minęły trzy lata pobytu w buszu, niezmiernie i przeraźliwie się bał, dlatego wyszedł ze swojego łóżeczka zabezpieczonego przed ukąszeniami komarów moskitierą i schował się przed duchami pod pobliskim stołem w kuchni. Zapewne była to doskonała kryjówka przed siłami zła, lecz dla komarów była to bezpłatna i smaczna uczta, która była przyczyną poważnego zachorowania błękitnookiego. Ponad czterdziestostopniowa gorączka nie przerażała rodziców tak wielce jak słowa lekarza „Jeżeli nie otrzyma w przeciągu doby leku o nazwie Fansidar, to umrze.”. Problem polegał na tym, że w całym kraju nie można było zdobyć tak ciężkiego lekarstwa tylko jedynie w obozach wojska kubańskiego, które prowadziło ćwiczenia na poligonach. Ojciec i ojciec chrzestny umierającego chłopaka natychmiast pojechali do obozu oddziału wojska kubańskiego i tam też zostali zatrzymani, zrewidowani i zaprowadzeni do namiotu dowódcy, który wręcz niewiarygodnie przypominał posturą i urodą generała Fidela Castro. Zatem szef wojska zaciągnął się cygarem i spod brwi spojrzał na cudzoziemców pytając „Co Was tutaj sprowadza panowie?”, po czym jeszcze raz się zaciągnął. Ojciec Mateusza nie tracąc czasu opowiedział całą zaistniałą, tragiczną sytuację i nastała grobowa cisza. Generał zawołał medyka oraz dwóch żołnierzy i odesłał ich z natychmiastowym rozkazem poza namiot. Po chwili wrócili posłusznie do boku dowódcy trzymając tace z owocami, a medyk przyniósł poszukiwany lek, który przekazał na skinienie generała cudzoziemcom, którzy serdecznie dziękując udawali się do wyjścia, jednak zostali zatrzymani przez straż, kiedy to sam generał ponownie odezwał się tym razem jednak kierując słowa do cywilów „Proszę, a to prezent od wojska…”, po czym wskazał ręką na tace pełne owoców i dodał „…przecież dziecko musi potem otrzymać witaminy po tak silnym żołnierskim lekarstwie!”, następnie kolejny już raz zaciągnął się cygarem i dał ręką znak straży na wypuszczenie cudzoziemców. Teoś otrzymał bardzo silną dawkę Fansidaru i z każdym dniem powoli przychodził do zdrowia i pełnych sił, aby kilka miesięcy później szczęśliwie i już na stałe powrócić do swojego ojczystego kraju, jakim niewątpliwie jest biało-czerwona Polska. Mateusz w kraju czuł się nieswojo, brakowało mu dzikiej natury, zwierząt, szamba i języka portugalskiego, którym władał doskonale. Nowa ziemia bardzo zaskoczyła błękitnookiego, począwszy od widoku białego puchu na ulicach, który okoliczni ludzie nazywali śniegiem, poprzez ciepłe rzeczy, które musiał nosić, aż po czasy, kiedy mama zaprowadziła go pierwszy raz do tak znacznej grupki dzieciaków na rozpoczęcie roku szkolnego dla klas aż zerowych, a było to we wrześniu roku tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego szóstego. Teoś chociaż był uczony przez rodziców języka polskiego, niestety nie potrafił znaleźć wspólnego języka z rówieśnikami, dlatego już od wczesnych lat był odludkiem, bo był inny. Nie miał przyjaciół wśród ludzi, nie potrafił ich w ogóle zrozumieć, może dlatego swojego przyjaciela znalazł w zwierzaku, a był nim Welsh Terrier – pies o walecznym imieniu Ares. Mijały lata w szkole podstawowej, a Mateusz dorastał, zdobywał wiedzę i był solidnym uczniem, który począwszy od pierwszej klasy zawsze otrzymywał na zakończenie roku specjalną nagrodę od dyrektora szkoły. Ósmą klasę naprawdę skończył ze znakomitym rezultatem osiągając średnią ocen równą pięć oraz jeszcze cztery jednostki. Następnie opuścił szkołę, a była to Szkoła Podstawowa nr 5 zwana imieniem Portowców Gdyńskich w prześlicznym mieście, jakim niewątpliwie jest Gdynia. Mateusz swoje świadectwo złożył do Liceum Ogólnokształcącego nr 4 i jak się później okazało, niestety dopiero po fakcie po egzaminach, wartość jego ocen była na takim wysokim poziomie, że wcale nie musiał przystępować do sprawdzenia wiedzy wstępnej. Zatem od samego września zaczęły się przeróżne wydarzenia i całkiem nowe doświadczenia, a potem nadszedł październik i… Nagle w szkole rozległ się przeraźliwy hałas, wtedy klasa Mateusza krzyknęła „Dzwonek!” i rozeszła się do swoich domków na przygotowany ciepły i smaczny obiadek. Błękitnooki także wrócił do domu. Mama, jak tylko ukazał się w drzwiach, dostrzegła niezadowolenie syna i spytała „Jak tam sukcesy w szkole?”. Teoś z wielkim trudem odpowiedział „E, pani od biologii nie poznała się na mnie i postawiła mi pałę z odpowiedzi!”, po czym szybkim krokiem skierował się do swojego malutkiego pokoju obok. Mateusz podczas obiadu, żeby uniknąć kolejnego ataku ze strony rodziców, powiedział o zbliżającym się wyjeździe na biwak. Mama w złości powiedziała „Wręcz wspaniale! Mam nadzieję, że troszkę świeżego i wiejskiego powietrza wpłynie korzystnie na Twoją wiedzę!”. Właśnie to jedno wypowiedzenie zaważyło na rozwiązaniu problemu dotyczącego wyjazdu na biwak do Gowidlinka. Zatem jedynie kochanej mamie Teosia udało się osiągnąć to, co zawzięcie próbowali koledzy z klasy.

Przeczytano: [593]
© 1996 - 2017 Mateusz Kiczela. Wszelkie prawa zastrzeżone.