De gustibus non est disputandum - Anonymus

Gowidlinek


0

Nadszedł dzień, na który wszyscy uczniowie z klasy błękitnookiego z przeogromną niecierpliwością oczekiwali. Zbiórka odbyła się z samego rana przed szkołą. Przemek jako pierwszy dostrzegł, że uparty Mateusz jest również tutaj z nimi. „Jednak jedziesz razem z nami do Gowidlinka, a mówiłeś, że nie chcesz tam jechać i nie będziesz!” rzekł kolega. Teoś na to „Ale śmieszne! Przecież doskonale wiesz, że nie miałem zbyt dużego wyboru!”. Przyjaciel w odpowiedzi lekko uśmiechnął się i poklepał wciąż przygnębionego chłopaka. Autokar ruszył spod placu szkolnego i zaczął podążać do celu do Gowidlinka. Po ponad dwóch godzinach ciężkiej jazdy pojazd zatrzymał się i cała klasa zaczęła wychodzić na zewnątrz, aby odetchnąć świeżym i wiejskim powietrzem. Jednak na samym początku większość rozczarowała się widokiem ich oczu. „I to ma być to Gowidlinko?!” mówili jedni. „Przecież te baraki ledwo tutaj stoją, jedno dobre kopnięcie i nie będziemy mięli gdzie mieszkać!” mówili drudzy. „Ja chce wracać do domciu, mamusiu!” ironicznie krzyczeli inni. Mateusza nie zdziwił jednak ten widok jak reszty towarzyszy z jego klasy. Potrafił jak nieliczni przystosować się do każdych warunków nawet też tych najgorszych. Uczniowie rozeszli się do przydzielonych drewnianych domków. Mateusz, Paweł, Piotr, Przemek, Andrzej, Michał i Robert zamieszkali w jednym z nich, chociaż w środku nie było aż tylu wolnych łóżek do spania. Robert, który jako ostatni doszedł do baraku, niestety musiał zadowolić się wolnym miejscem na podłodze. Tym razem Mateusz zajął się pocieszaniem kolegów mówiąc „E, nie martwcie się panowie, przecież mogliśmy spać na zewnątrz.”, następnie w bestialski sposób uśmiechnął się i wyszedł z domku. Wkrótce dołączyli do niego dwaj przyjaciele Paweł oraz Przemek, którzy w każdej sytuacji bez względu na okoliczności wzajemnie sobie pomagali. Zaczęli kręcić się po wiejskiej okolicy, zwiedzali różne przedziwne zakamarki i rozpoznawali zupełnie nieznany im teren, który przez najbliższe trzy dni miał być przecież ich domem. Gowidlinko słynęło z tego, że było położone nad jeziorem. Niestety oprócz łowienia rybek, którym pasjonował się kolega z baraku – Michał, nie można było czerpać z niego żadnych innych korzyści. Poza tym niedaleko znajdował się sklepik spożywczy, parę placów do zabawy oraz bar, w którym nawet był stół do pingponga i bilarda. Dnie i noce ciągnęły się w nieskończoność, dlatego też dla zabicia czasu Teoś i inni towarzysze z klasy zabawiali się w barze organizując rozgrywki w pingponga. Jednak wszystko co dobre musi się kiedyś skończyć, lecz w tym przypadku nie z nudów, lecz z braku piłeczek do tejże gry. Pech chciał, że wszystkie niestety popękały i nie można było kontynuować dalszych rozgrywek. Nadszedł ostatni już dzień pobytu w Gowidlinku. Mateusz mógł się w końcu cieszyć i zapewne cieszył, bo na jego twarzy istniał lekki uśmieszek. Wszyscy siedzieli w drewnianym domku i oczekiwali wyjazdu, ale ktoś wpadł na inny pomysł i powiedział „Chodźcie już lepiej do baru zagramy sobie w bilarda, a nie będziemy tu gnić aż do wyjazdu!”. „Dlaczego nie.” odparła reszta. Jak zwykle sprzeciwił się tylko mały Teoś, ale wzięty za ręce i wyprowadzony na siłę z baraku nie miał nic do powiedzenia. W taki sposób w końcu doprowadzili skutecznie upartego chłopaka do celu, drzwi się otworzyły i weszli do środka. Zaczęła się zawzięta gra, lecz zarówno przegrywającym jak i wygrywającym grało się w miłej atmosferze. Drużyna, w której grał Mateusz, wygrywała jedną bilą. Właśnie nadeszła kolej wykonania ruchu przez Teosia, który żeby odnieść zwycięstwo musiał wbić czarną bilę. Na całej sali było tak cicho, że wszyscy słyszeli tykający o kilka stóp dalej zegar. Kiedy niemalże przyszły zwycięzca zrobił zamach, otworzyły się drzwi do baru i weszła dziewczyna. Była średniego wzrostu, szczupła szatynka, włosy miała ścięte na grzybka z małą śmieszną grzywką sięgającą do brwi, oczy koloru piwnego wyglądały jak wypolerowane perełki, uśmiechnięta z dwoma malutkimi dołeczkami na twarzy, ubrana w białą bluzeczkę i inne odzienie. Teosiowi oczy odmówiły posłuszeństwa, skierowały się na przybyłą dziewczynę, przez to źle wymierzył i nie trafił czarną bilą do zamierzonego celu, co też w konsekwencji doprowadziło do przegrania rozgrywki. Jednak nie zmartwił się porażką. Wciąż patrzył na piwnooką piękność i powiedział przy koledze stojącym obok „Boże, kim jest ten Aniołek? Myślałem, że na wsi nie ma takich dziewczyn.”. Kolega odpowiedział zdziwiony „Na wsi?! Jakich dziewczyn? Coś Ty, przecież to Karolina, Twoja i moja koleżanka z klasy!”. Tym razem Teoś się zdziwił i odpowiedział ironicznie „Jak to z klasy? Z naszej?! To ja jej wtedy wcześniej nie widziałem.”. W pomieszczeniu rozległ się śmiech. Karolina przyszła wraz z innymi towarzyszami z klasy i zaczęli grać w bilarda, a Mateusz oparł się o pobliski kaloryfer, jakby jeszcze brakowało mu rozgrzania całego organizmu i spoglądał dziwnym wzrokiem na Karolinę, jak grała, jak się przy tym lekko poruszała. W jego oczach coś się działo, jakieś błyski przechodziły z oka do oka, było to niesamowite doświadczenie dla tych, którzy mogli go wtedy zobaczyć. Jego wzrok utkwił w jednym punkcie i był tak skupiony do czasu, dopóki przed jego oczami nie ukazała się ręka przyjaciela, który zaczął nią wymachiwać i przy tym mówiąc „Zapomnij Teo, zapomnij. Prędzej wszystkie nasze piłeczki od pingponga powrócą do oryginalnych kształtów, niż taka dziewczyna spojrzy na Ciebie.”. I wtedy stało się coś niewyobrażalnego, błękitne oczy spotkały się z piwnymi. Właśnie tylko tego oczekiwał Mateusz, który później siedząc, jak rozmarzony, w autokarze powracającym do szkoły o niczym innym nie myślał, tylko o dziewczynie ze śmieszną grzywką i o piwnych oczkach.

Przeczytano: [429]
© 1996 - 2017 Mateusz Kiczela. Wszelkie prawa zastrzeżone.